środa, 19 listopada 2014

Misia & Agis








Rok 1998 był smutny dla mnie, gdyż straciłam w lecie Maminka, ukochanego kota mojej Mamy. Wczesną jesienią, po zmianie czasu na zimowy, mój najmłodszy kot – Niuniko nie wrócił z codziennej włóczęgi, w którą się udawał, gdy ja byłam w pracy. Podejrzewałam, że biedny kota nie zorientował się że teraz wracam już po zmroku i wróciwszy do domu i zastawszy drzwi zamknięte, odszedł w pola. Szukałam go, wywieszałam ogłoszenia, ale Niuniko przepadł.
Został mi tylko leciwy Cezar.
Wpadłam w jakiś amok i zaczęłam szukać rudego kociaka, bo sobie takiego wymarzyłam.
Ceci perswadowała mi, żebym żadnego kota nie brała, ale ja histeryzowałam, że Cezar ma już ponad 10 lat, niedługo on też odejdzie i zostanę sama.

W końcu w ‘Gazecie Wyborczej’ znalazłam ogłoszenie: ‘ Siedmiotygodniowe rude kocurki oddam’. Zadzwoniłam i zgłosiłam chęć wzięcia rudaska.  Pani od Kocurków (jak się okazało z TOZ-u) wzięła mnie w krzyżowy ogień pytań: Czy mam jakiegoś zwierzaka ? Czy miałam już koty?  Jak długo zwierzątko będzie samo w domu? Czy są dzieci? itp….
Gdy usłyszała, że:
1. jedna kicia odeszła kotna, bo się przestraszyła hałasu ciężarówki,
2. drugi kotek sobie odszedł najprawdopodobniej w pola,
3. a jeszcze jeden przekroczył tęczowy most kilka miesięcy wcześniej
nie wydałam jej się odpowiedzialną opiekunką dla jej rudego Kocurka urodzonego na poduszkach w domu i zaczęła mnie zwodzić. Chciała mnie uszczęśliwić bezdomną kotką śmietnikową.
Oświadczyłam jej, że kotka też się zmieści w moim domu i w ogrodzie.
Poprosiła o telefon za kilka dni. W międzyczasie złapała tę kicię i zaczęła jej kurować świerzb w uszach. W trakcie następnej rozmowy telefonicznej zdała mi relację ze swoich osiągnięć i podpytywała, czy braciszka tej kici bym nie wzięła. Zgodziłam się i na braciszka.
Chwalić Boga braciszek nie był tak spolegliwy jak kicia i zdemolował Pani łazienkę, więc go wypuściła.
Nasze rozmowy telefoniczne trwały kilka tygodni. Pani opowiadała mi jak przebiega kuracja kici i jednocześnie (przypuszczam) oczekiwała, że ktoś inny będzie chciał zaadoptować jej rudego Kocurka.
Nikt inny się nie zjawił, kicia się wykurowała i wreszcie  w listopadzie Pani zdecydowała się wydać mi swoich pupili.
Pojechałyśmy z moją starszą bratanicą (też rudą). Nie miałam żadnego kontenerka i kociaki zostały zapakowane, nie bardzo profesjonalnie, w jakieś kartony. Spisałyśmy umowę adopcyjną i Pani zobowiązała mnie do raportowania o oddanych zwierzakach. Zostałam wyposażona w miseczki i żwirek, bo kotki były przyuczone do korzystania z kuwety. Dostałam też książeczki zdrowi obu zwierzątek.
Po drodze wpadłyśmy jeszcze a Agnieszką do mojego Taty, aby pokazać moje nowe nabytki. Kicia była taka dzika, że wlazła za pianino mojej Macochy i musiałam ją stamtąd na siłę wyciągać.

Gdy dotarliśmy do domu od razu wypakowałam kotki i zaczęłam je podziwiać. Oba kociaki miały obróżki z dzwoneczkiem na szyjach, żeby nie polowały na ptaszki. Kotek – cudowny rudy tygrysek urodzony w domowych pieleszach i wychowywany w miłości – był taki jak kochane dzieci: ufny, przylepa. Miał jasno-beżowy nosek i takież delikatne brwi i wąsy. Nazwałam go Agis, na pamiątkę króla spartańskiego z IV w. pne.
Kicia w zasadzie była czarna, z białymi skarpetkami, żabotem i fragmentem brzuszka oraz białym trójkątem na pysiu, obejmującym nos i  sam pyszczek; na tej łatce była czarna kropka. Futerko miała odrobinę dłuższe od Agisa, a ogon krótszy.  Miała białe wąsy i brwi – dość krzaczaste (jak Breżniew). Nazwałam ją Misia na cześć naszej poprzedniej kici. Misia była jeszcze dzikim kotem, bardzo strachliwym. Od razu uciekła i schowała się w wersalce i tam właściwie urzędowała przez 2 tygodnie, wychodząc tylko w nocy do miski i kuwety. Codziennie ją wyciągałam z tej wersalki, aby ją trochę pogłaskać i oswoić ze sobą.
Misia była starsza od Agisa ok. 4 miesięcy, jak wynikało z książeczki zdrowia;  ponieważ była znajdą – miesiąc jej urodzenia został określony przez weterynarza w trakcie oględzin.