Rok 1998 był smutny dla
mnie, gdyż straciłam w lecie Maminka, ukochanego kota mojej Mamy. Wczesną
jesienią, po zmianie czasu na zimowy, mój najmłodszy kot – Niuniko nie wrócił z
codziennej włóczęgi, w którą się udawał, gdy ja byłam w pracy. Podejrzewałam,
że biedny kota nie zorientował się że teraz wracam już po zmroku i wróciwszy do
domu i zastawszy drzwi zamknięte, odszedł w pola. Szukałam go, wywieszałam
ogłoszenia, ale Niuniko przepadł.
Został mi tylko leciwy
Cezar.
Wpadłam w jakiś amok i zaczęłam
szukać rudego kociaka, bo sobie takiego wymarzyłam.
Ceci perswadowała mi,
żebym żadnego kota nie brała, ale ja histeryzowałam, że Cezar ma już ponad 10
lat, niedługo on też odejdzie i zostanę sama.
W końcu w ‘Gazecie
Wyborczej’ znalazłam ogłoszenie: ‘ Siedmiotygodniowe rude kocurki oddam’.
Zadzwoniłam i zgłosiłam chęć wzięcia rudaska. Pani od Kocurków (jak się okazało z TOZ-u) wzięła
mnie w krzyżowy ogień pytań: Czy mam jakiegoś zwierzaka ? Czy miałam już
koty? Jak długo zwierzątko będzie samo w
domu? Czy są dzieci? itp….
Gdy usłyszała, że:
1. jedna kicia odeszła
kotna, bo się przestraszyła hałasu ciężarówki,
2. drugi kotek sobie
odszedł najprawdopodobniej w pola,
3. a jeszcze jeden
przekroczył tęczowy most kilka miesięcy wcześniej
nie wydałam jej się
odpowiedzialną opiekunką dla jej rudego Kocurka urodzonego na poduszkach w domu
i zaczęła mnie zwodzić. Chciała mnie uszczęśliwić bezdomną kotką śmietnikową.
Oświadczyłam jej, że kotka
też się zmieści w moim domu i w ogrodzie.
Poprosiła o telefon za
kilka dni. W międzyczasie złapała tę kicię i zaczęła jej kurować świerzb w
uszach. W trakcie następnej rozmowy telefonicznej zdała mi relację ze swoich
osiągnięć i podpytywała, czy braciszka tej kici bym nie wzięła. Zgodziłam się i
na braciszka.
Chwalić Boga braciszek nie
był tak spolegliwy jak kicia i zdemolował Pani łazienkę, więc go wypuściła.
Nasze rozmowy telefoniczne
trwały kilka tygodni. Pani opowiadała mi jak przebiega kuracja kici i
jednocześnie (przypuszczam) oczekiwała, że ktoś inny będzie chciał zaadoptować
jej rudego Kocurka.
Nikt inny się nie zjawił,
kicia się wykurowała i wreszcie w
listopadzie Pani zdecydowała się wydać mi swoich pupili.
Pojechałyśmy z moją
starszą bratanicą (też rudą). Nie miałam żadnego kontenerka i kociaki zostały
zapakowane, nie bardzo profesjonalnie, w jakieś kartony. Spisałyśmy umowę
adopcyjną i Pani zobowiązała mnie do raportowania o oddanych zwierzakach.
Zostałam wyposażona w miseczki i żwirek, bo kotki były przyuczone do
korzystania z kuwety. Dostałam też książeczki zdrowi obu zwierzątek.
Po drodze wpadłyśmy
jeszcze a Agnieszką do mojego Taty, aby pokazać moje nowe nabytki. Kicia była
taka dzika, że wlazła za pianino mojej Macochy i musiałam ją stamtąd na siłę
wyciągać.
Gdy dotarliśmy do domu od
razu wypakowałam kotki i zaczęłam je podziwiać. Oba kociaki miały obróżki z
dzwoneczkiem na szyjach, żeby nie polowały na ptaszki. Kotek – cudowny rudy
tygrysek urodzony w domowych pieleszach i wychowywany w miłości – był taki jak
kochane dzieci: ufny, przylepa. Miał jasno-beżowy nosek i takież delikatne brwi
i wąsy. Nazwałam go Agis, na pamiątkę króla spartańskiego z IV w. pne.
Kicia w zasadzie była
czarna, z białymi skarpetkami, żabotem i fragmentem brzuszka oraz białym
trójkątem na pysiu, obejmującym nos i
sam pyszczek; na tej łatce była czarna kropka. Futerko miała odrobinę
dłuższe od Agisa, a ogon krótszy. Miała
białe wąsy i brwi – dość krzaczaste (jak Breżniew). Nazwałam ją Misia na cześć
naszej poprzedniej kici. Misia była jeszcze dzikim kotem, bardzo strachliwym.
Od razu uciekła i schowała się w wersalce i tam właściwie urzędowała przez 2
tygodnie, wychodząc tylko w nocy do miski i kuwety. Codziennie ją wyciągałam z
tej wersalki, aby ją trochę pogłaskać i oswoić ze sobą.
Misia była starsza od
Agisa ok. 4 miesięcy, jak wynikało z książeczki zdrowia; ponieważ była znajdą – miesiąc jej urodzenia
został określony przez weterynarza w trakcie oględzin.
