czwartek, 19 lutego 2015

Agis - ostatnie łowy





Bacznie obserwowałam zarastającą powoli skórę Agisa.
Niestety guz odrastał i to coraz większy. Do tego jakby jedna jego odnoga kierowała się wzdłuż kręgosłupa w kierunku głowy.
Nie wiem, czy odczuwał ból. Na pewno się zrobił jeszcze bardziej brudny. Niemal codziennie sprzątałam po nim; na razie tylko z terakoty. Kiedyś mu wykrzyczałam wściekła: ‘Ty rudy s…….synu! Nim zdechniesz zafajdasz mi całe mieszkanie!’
Nie wiem, czy zrozumiał. Podejrzewam, że to choroba powodowała te wszystkie niekorzystne zmiany w jego charakterze; chorzy ludzie też stają się czasem złośliwi. Ja byłam jednak zmęczona atakami padaczki Alissy, które trwały przez całe lato i we wrześniu zabrały mi sunię i  traktowałam złośliwości Agisa, jako coś zamierzonego.

Na początku listopada pojechaliśmy do Lecznicy. Pani Doktor Agata obejrzała dokładnie wychudzonego kota, który byłby szkieletem obciągniętym zmatowiałym futrem, gdyby go zmoczyć wodą. Na tym kościstym ciałku sterczał guz – jak wielka ropucha, wielkości mojej całej dłoni. To kurewstwo urosło tak wielkie przez 4 miesiące….
‘No cóż – powiedziała Pani Doktor – nie ma co oczekiwać cudów. Jeśli zobaczy Pani, że jego oczy są smutne, nie ma co czekać z podjęciem decyzji i dalej go męczyć’.

W dniu 15 listopada  po powrocie z pracy i nakarmieniu zwierzaków, usiadłam na kanapie w salonie i Pan Kota wskoczył mi na kolana. Pogłaskałam go po zdeformowanym grzbieciku, jeszcze raz wyczuwając wszystkie kręgi pod palcami. Podniósł łepek i popatrzył na mnie. Oczy miał smutne i zrezygnowane.
Zadzwoniłam do Lecznicy i spytałam, czy mogę przyjść uśpić Agisa.

Pani Doktor Dominika podała mu zastrzyk usypiający i pozwoliła go postawić na podłodze. Agis zaczął biegać, ale zastrzyk zadziałał i kot upadł.  Położyłam go na stole i sprzątnęłam podłogę. Pani Doktor nie mogła wbić się do jego żyły i postanowiła podać zastrzyk w serce. Poradziła, żebym wyszła, bo to nie będzie miły widok, ale zostałam i gładziłam zmierzwione futerko.
Potrzebne były dwie dawki, żeby Pan Kota odszedł na swoje wieczne łowiska.

Przywiozłam Agisa do domu i następnego dnia pan Jurek pomógł mi go pochować obok Misi pod jaśminem.
Kilka miesięcy później zamówiłam tabliczki dla Alissy II oraz Misi i Agisa.
W Święto Zmarłych na wszystkich grobach moich czworonożnych przyjaciół palę lampki.
Zapaliłam też kilka miesięcy temu świeczkę na kominku w pierwszą rocznicę odejścia mojego Rudaska, a codziennie proszę moje polujące w zaświatach koty, aby miały w opiece moje aktualne kocie maluchy, żeby się zdrowo chowały.

Agis





Wiosna 2013 nie mogła się wykluć. Było zimno i deszczowo i moje zwierzaki ciągle zostawiały mi ślady mokrych łap na podłodze.
W końcu marca, na tydzień przed Wielkanocą, Alissa miała pierwszy atak padaczki, która miała ją prześladować co 3 tygodnie.

Agis zrobił się brudny, bo zaczął mi podlewać szafkę na przygórku. Paździerz wchłaniał kocie siuśki, więc nic nie było widać, ale czuć i owszem. Węszyłam jak pies z nosem przy podłodze, nim odkryłam źródło. Zastawiłam dojście jakąś płytą, żeby tam nie wchodził i nie niszczył mi mebli, bo paździerz  zaczął się sypać z podlewanej szafki.

W maju zauważyłam za łopatką Rudaska lekkie wybrzuszenie, jakby duże ziarnko fasoli.  Wybraliśmy się do Lecznicy na oględziny. Kazano obserwować, a jednocześnie Pani Doktor zaleciła Panu Kocie specjalną karmę dla kotów staruszków. Karma była droga jak diabli, a do tego ta zołza nie chciała jej za bardzo jeść, bo on zawsze wolał mokre jadło. Ale jakoś zmęczył jedną paczkę i odstawiał mi cały cyrk z głodzonym kotem, nim dostarczyli do  ‘Andy’ świeżą dostawę. Momentalnie stracił apetyt….

W czerwcu fasolka za Agisową łopatką urosła do wielkości spłaszczonej śliwki węgierki i zdecydowaliśmy się na operację. Od razu pobrano próbki na badania histopatologiczne i po kilkunastu dniach było wiadomo, że to guz złośliwy.  
Pan Kota miał wygolone futerko na grzbieciku i zajodynowaną lekko skórę, ale jak to rudaski –  był bardzo blady i nieładny. Po kilku dniach futerko zaczęło na szczęście lekko porastać i prezentował się już trochę lepiej. Nie zaprzestał swoich włóczęg i po dawnemu znikał na całe dnie w ogrodzie Pana Generała.
Z końcem lipca guz Agisa odrósł i był wielkości mojej dłoni bez palców. Zdecydowaliśmy się na kolejną operację. W jej trakcie zadzwoniono do mnie z Lecznicy z informacją, że są już nacieki na płucach i czy decyduję się na otwarcie klatki piersiowej. Odparłam, że nie ma sensu kociny męczyć, gdyż ma on już prawie 15 lat (bez 6 tygodni) i nie wiadomo, czy przeżyje tę operację. Pani Doktor Danuta oczyściła więc, co mogła z komórek nowotworowych i po kilku godzinach odebrałam moją biedę z Lecznicy.

Zalecono mi trzymać kota w cieple, żeby odespał narkozę. Ale Agis, ledwo wypuszczony z kontenerka, zarzucił swoje dziurawe futro na grzbiet i wyparadował z dumnie zadartą kitą na dwór. Myślałam, że może ma potrzebę po tylu godzinach. Ale czas mijał, powinnam mu podać środek przeciwbólowy i kolejny antybiotyk, a kota nie było.
Domyślałam się, że jest w generalskim ogrodzie i z przerażeniem wyobrażałam sobie, że sparaliżowany bólem, pewnie nie ma siły wyskoczyć przez ogrodzenie, że będzie tak leżał bezwładny, bez antybiotyków, że rana zacznie mu  ropieć, wda się zakażenie i biedny Agis odejdzie w straszny sposób z tego padołu.
Zaczęłam się modlić do Św. Antoniego i obiecałam mu ładny kwiat do kościoła, jeśli mój pupil znajdzie się zdrowy i cały.

Noc miałam koszmarną, bo śnił mi się mój Rudasek, bezsilny, rozgorączkowany, atakowany przez szczury na tych wyleniałych piernatach z generalskiej werandy. Jeszcze pan Jurek mówił, że jakiegoś węża widział w okolicy, więc i węże w moim śnie się pojawiły, dławiące bezsilnego kota …

Obudziłam się jak przepuszczona przez wyżymaczkę. Ledwo jednak otworzyłam drzwi wejściowe pojawił się w nich Agis, prawie ze śpiewem na ustach.
Czym prędzej zamknęłam go w domu, nafaszerowałam wszystkimi lekami i  zostawiłam, żeby spał.
Ze Świętym Antonim rozliczyłam się w późniejszym okresie.

Agis





Gdy nadeszła wiosna i zrobiło się już cieplej, wszystkie moje zwierzaki zostawały na zewnątrz i biedna Alissa nie czuła się tak osamotniona.
Agis wylegiwał się najczęściej w południowej stronie ogrodu i zjawiał się pod drzwiami wejściowymi, gdy przyjeżdżałam do domu. Zwierzęta nie wadziły się i starały się nie wchodzić sobie w drogę.

W czerwcu wykonałam remont:  oddzieliłam moje piętro od parteru w starej części domu zamurowując schody i przeprowadziłam się do świeżo zorganizowanej kuchni.
Agis miał trochę kłopotów logistycznych, gdyż przywykł do wskakiwania na parapet okna w starej kuchni. Często go widywałam, jak tam wysiadywał, czekając aż mu otworzą. Z czasem jednak przyzwyczaił się do korzystania z moich drzwi.
Latem nie było problemu, bo w ciągu dnia drzwi były uchylone, gdy byłam w domu. Pan Kota więc wchodził i wychodził kiedy chciał. Niestety, również wnosił do środka upolowane myszy, których bezgłowe kadłubki zostawiał na mojej podłodze.
Często znikał na długie godziny i podejrzewałam, że urzęduje w zdziczałym ogrodzie Pana Generała naprzeciw naszej posesji; często pachniał starymi szmatami po powrocie, a wiem, że jakieś wyleniałe piernaty leżały tam na werandzie po ostatnich lokatorach.

W końcu sierpnia udało się w końcu wynająć mieszkanie Ceci w starej części domu. Lokator – Paweł nie miał awersji do kotów, chociaż jego faworytką była Alissa, ze wzajemnością zresztą.

Na urodziny Agisa we wrześniu zakupiłam mu budkę beżowo-brązową, ocieplaną trochę i miałam nadzieję, że będzie z niej korzystał w mieszkaniu i przestanie mi kłaczyć wszystkie meble. Niestety, Rudasek nie zaaprobował swojego domku.
Wystawiłam więc budkę na stół stojący na werandzie w starej części domu i podłożyłam pod nią kocyk, żeby Pan Kota miał schronienie w nocy, jeśli nie zdąży wrócić przed moim zlegnięciem w łożu. Kilkakrotnie widziałam go w tej budce, gdy rano wypuszczałam moje psice na włóczęgę. Więc jednak na coś się przydawała.
Po nocy spędzonej al fresco Agis bardzo chętnie wracał do domu i pokrzepiwszy się jadłem, przesypiał cały dzień w moim łóżku.

I tak mijały nam kolejne dni i tygodnie.

W czerwcu 2012 zostawiłam moją menażerię na tydzień pod opieką młodszej bratanicy oraz jej chłopaka i wybrałam się na urlop. Przekazałam Asi,  żeby za bardzo nie ulegała kaprysom Agisa, który jako najstarszy w rodzie miał już swoje dziwactwa. Gdyby się za bardzo kręcił miała go popędzić ścierką. Nie wiem, czy skorzystała z tej rady, ale nigdy się nie skarżyła. Agis również.

Agis





Po odejściu Misi mój Rudasek zrobił się bardziej towarzyski. Częściej szukał mojego towarzystwa i układał mi się na brzuchu, gdy półleżąc czytałam książkę. Wchodził, udeptywał sobie legowisko i nie interesowało go, czy mi wygodnie. A rzadko było wygodnie. Ale starałam się pamiętać, że Pan Kota nie ma kumpelki, z którą 10 lat wcześniej zawitał w moje progi, z którą buszowali po ogrodzie i polach i która niejednokrotnie go odnajdowała zagubionego.
Poza tym chadzał, jak zwykle swoimi drogami.
Czas płynął, pory roku się zmieniały.
Po odejściu Misi zorientowałam się poniewczasie, że moim leciwym już kotom było trudno skakać z ziemi na parapet kuchni i postawiłam pod oknem ławkę. Agis często z niej korzystał i siadywał na parapecie oczekując na otwarcie okna, lub wygrzewał się w przedpołudniowym słoneczku.
Może bywał bardziej przygaszony, ale kot chodzi własnymi drogami i trudno go zrozumieć.

W lutym 2010 odeszła Alissa I, a w maju pojawiła się Alissa II. I rozpoczął się cyrk, bo długonoga psica już na powitanie rzuciła się w pościg po schodach za umykającym Agisem. Podejrzewałam, że nigdy nie widziała kota i goniła go, bo on uciekał. Trzeba było jednak jakoś odseparowywać oba zwierzaki. Rozpoczęło się dokładne zamykanie drzwi, żeby kot i psica nie weszły sobie w drogę. Biedny Pan Kota nie był bezpieczny nawet na zewnętrznym parapecie, gdyż dla Alissy nie było problemem stanąć na tylne łapy i go dosięgnąć.
W pewnym momencie stwierdziłam, że mam dość ciągłej kontroli i postanowiłam skonfrontować moich pupili: wsadziłam kota do kontenera i postawiłam na jednym końcu werandy, a Alissę uwiązałam na smyczy do balustrady na przeciwnym końcu. Oba zwierzaki dzieliło ok. 2 metrów. Na początku Panna Psica się rwała do kota, a on groźnie warczał w klatce.  Po pewnym czasie się jednak zmęczyli i Alissa usiadła, a Agis ułożył się w swojej klatce obserwując uważnie przeciwnika. Poczekałam kilkanaście minut i otworzyłam kontener. Pan Kota wyparadował z niego ( a nie wybiegł) z dumnie podniesioną kitą i oddalił się w stronę ogrodu. Uwolniona psica nie pobiegła za nim.

I nastąpił wreszcie okres spokoju.
Alissa często miała ochotę polizać kota, gdy siedział na stole na werandzie, ale on tylko wyciągał ostrzegawczo łapkę, nawet bez pazurków i hamował takie niewczesne próby pieszczot.
Nie było między nimi nadzwyczajnej przyjaźni, jak nieraz widać na obrazkach w Internecie, pokazujących kota śpiącego między łapami psa. Był wzajemny szacunek i o to mi chodziło.

W sierpniu 2010 odeszła Ceci i moje zwierzaki zostawały na 11 godzin same.
Od października wprowadziła się do jej mieszkania para ukraińska, a ponieważ Wołodia przez większość czasu nie pracował, mógł mieć baczenie na czworonogi. Leń on jest pierwszej wody, ale trzeba przyznać, że zwierzęta lubi i troszczy się o nie.
Mój rudy Gisio mógł więc wychodzić i wchodzić do domu kiedy tylko miał na to ochotę ( o ile Wołodia go zauważył).
Z końcem grudnia Ukraińcy wyjechali i zostałam sama z moim stadkiem.
Piesio w zimie przesypiał dnie na moim łóżku, Alissa miała swoją jurtę na werandzie, a Agis…. No cóż, jeśli wyszedł z domu i nie wrócił przed moim wyjazdem do pracy, to musiał sobie gdzieś znaleźć schronienie.  Na ogół siedział w ciągu dnia w domu z Piesiem i obydwoje wyskakiwali jak z procy, jak tylko otwierałam drzwi.
Agis był czystym kotem i bardzo ładnie załatwiał swoje lżejsze potrzeby do mojego bidetu, więc nie było problemu z utrzymaniem porządku.
Jakoś sobie gospodarzyliśmy tej pierwszej samotnej zimy. Była wyjątkowo sroga, jak na moje upodobania i w trakcie największych mrozów pilnowałam, żeby Pan Kota wrócił do domu na noc. Siedziałam na schodach i kiciałam do skutku. Na ogół przychodził po jakimś czasie.

Misia & Agis





Tak mijały miesiące i lata.
Moje kociczki nie były chorowite. Przez pierwsze kilka lat z rzadka były przeziębione. Woziłam je do Lecznicy na okresowe szczepienia i odrobaczałam je sukcesywnie, gdyż Agis miał tzw. przywrę, jakieś robale jak owsiki, które co pewien czas się uaktywniały. Gdy widziałam, że z dupki kociej  wychodzą jakieś larwy, trzeba było odrobaczyć całe czworonożne towarzystwo.

W  czerwcu 2005 do naszej gromadki dołączył Piesio – czteromiesięczny kundelek, daleki krewny wspaniałej rasy psów gończych z Gaskonii – basset bleu de Gascogne.  Dziewczynka. Tak więc Agis był jedynym chłopakiem w naszym babskim towarzystwie.

Piesio młody i gniewny, chyba się jakoś naraził moim kotom, bo któregoś pogodnego dnia, gdy okna były pootwierane, a ja przebywałam na podwórzu, usłyszałam, dochodzące z piętra, szczenięce szczekanie, które zdało mi się wołaniem o pomoc. Pognałam po schodach do wieży i zobaczyłam moje małe psiątko wciśnięte w kąt i dwa drapieżniki zbliżające się do niego z obu stron. Popędziłam moje kociska i uratowałam Piesia, który od tej pory z dość dużą rezerwą podchodził do kotów. Nie wiem, co im odbiło; Misia z Alissą prawie się przyjaźniły. No, ale Panna Psica była wielkim wilczurem, a Piesio tylko czteromiesięcznym małym szczeniakiem.

Misia jakoś sobie upodobała mojego brata i ilekroć przyjeżdżał wskakiwała mu na kolana i mruczała zawzięcie. Dikon głaskał ją, chociaż jest uczulony na kocie futerko i zawsze potem miał swój atak kataru alergicznego. Użalał się nad moimi kotami, że odkąd nastały psy, preferuję je od tradycyjnych w naszej rodzinie kotów. Może i trochę prawdy w tym było. Psy są po prostu mądrzejsze i mówiąc do nich mam wrażenie, że mnie rozumieją (w każdym razie takie wrażenie sprawiają). Koty są wielkimi indywidualistami i egoistami.

Jesienią 2006 postanowiłam Misi oczyścić zęby z kamienia w Lecznicy. Umówiłam się na zabieg i jadąc do pracy, oddałam kicię w kontenerku Doktorowi Darkowi. Poinformowałam go, że Michalina jest trochę podziębiona, ale  żeby nie zwracali na to uwagi. I pojechałam swoją drogą.
Po południu, gdy wychodziłam z pracy, zadzwonił Doktor Darek, żeby zaprosić na rozmowę. Wpadłam do ‘Andy’, jak miałam w planie i…. Okazało się, że Misi zębów nie oczyszczono, bo - po dokładnych oględzinach – zrobiono jej badanie na FIV-a (taki koci odpowiednik HIV-a) i wynik był pozytywny.
Pan Doktor radził, żebym uśpiła Misię, gdyż choroba jest zaraźliwa w pewnych okolicznościach, a ja mam inne zwierzęta. Było to jak grom z jasnego nieba. Misia nie była może moim najukochańszym zwierzęciem, po tych wszystkich latach była nadal częściowo dzika, ale była moją Kicią Michaliną. Nie dojrzałam do podjęcia decyzji o eutanazji, jak to się ładnie określa uśpienie czy też zabicie zwierzęcia. Zaczęłam płakać i prosić o czas, że się zastanowię, że…. Pan Doktor dał kici zastrzyk stymulujący i wydał mi ją do domu. Był weekend i ja nadal myślałam, ale coraz mniej. Bo Misi się poprawiło po tym zastrzyku i była taka jak zawsze, jadła,  spała. Nigdy nie była wulkanem energii, więc i teraz nie szalała.

I tak mijały tygodnie, a Michalina nadal żyła i ja nie zastanawiałam się już nawet nad możliwością jej uśpienia. Pilnowałam tylko, żeby się nie poczubili z Agisem, żeby w robocie nie były kły i pazury.
Co pewien czas, kiedy widziałam, że jest słabsza, aplikowaliśmy jej w ‘Andzie’ zastrzyk stymulujący i tak mijały tygodnie i miesiące. W pewnym momencie Misia czuła się tak dobrze, że Doktor Darek zrobił jej ponowne badanie na obecność FIV-a i wydawało się, że jej minął. Odetchnęłam z ulgą.

Zima 2008 nie była zbyt ostra, ale widać było, że Misia słabnie. Z trudnością wskakiwała z ziemi na parapet okna od kuchni, a ja,  jołopa,  nie pomyślałam, żeby jej przestawić ławkę pod okno, żeby jej było łatwiej. Coraz więcej spała i niewiele jadła, ale w końcu miała już 10 lat, więc nie należało oczekiwać cudów. Znowu zaczęliśmy ją wzmacniać zastrzykami. 


W kwietniu kicia zapadła na jakąś infekcję i przechodziła kurację antybiotykową. Cztery antybiotyki aplikowane jeden po drugim nie odniosły skutku. Misia przestała jeść i tylko leżała bez ruchu, jakby w letargu.  
Tym razem wiedziałam, że to już koniec i nie ma jej sensu męczyć zastrzykami i medykamentami.
3 maja 2008 zawiozłam ją do Lecznicy i byłam z nią do końca, gładząc zmatowiałe od choroby czarne futerko, gdy przekraczała tęczowy most.
Pochowałam ją w ogrodzie pod jaśminem.
 

Misia & Agis





Zimową porą Misia upodobała sobie mój wschodni parapet, pod którym znajdował się grzejnik. Położyłam jej coś jako legowisko i kici było ciepło i przyjemnie, a poza tym przed południem w słoneczne dni mogła się wygrzewać w słonecznych promieniach. Niestety, kwiaty na wschodnim oknie nie wchodziły w grę. Kicia pozadzierała mi ponadto i poszarpała moją tiulową, haftowaną firankę, najładniejszą z mojej kolekcji, z której byłam bardzo dumna.
Często Misia wylegiwała się też na niskiej szafce (nadstawce od mojej szafy ubraniowej), która stała obok rzeczonego grzejnika, na której wymościłam jej wełnianym włochaczem.
To było jej ulubione miejsce i nie przypominam sobie, żebym widziała tam kiedykolwiek Agisa.
Gisio lubił fotele lub moje łóżko. Każdorazowo po zmianie pościeli można było mieć pewność, że pan kota pierwszy się umości w moim legowisku. Nie lubił jednak dzielić się posłaniem ze mną. Na 15 lat spędzonych pod moim dachem, nie wiem czy na palcach 2 rąk bym policzyła przypadki, że spaliśmy razem. Mogłam zbliżać się do łóżka na paluszkach i delikatnie wsuwać pod kołdrę, a Agis i tak wyczuwał ruch i obrażony odchodził na fotel.

Obydwa koty lubiły też kanapę w południowym pokoju, zwłaszcza zimą, kiedy słońce ogrzewało to pomieszczenie. Zawsze leżał na tym meblu jakiś miękki kocyk. Kanapa była jednym z dwóch miejsc,  gdzie moje koty leżały razem; nie za blisko, ale na jednym legowisku. Drugim meblem była stara wersalka z mieszkania Taty, która została przywieziona do nas i przestała lato na dolnym tarasie, nim nadszedł czas jej spalenia. Ta wersalka też odpowiadała moim kociczkom i często się wylegiwały na niej w słoneczne dni.

Letnie dni Misia i Agis najczęściej  spędzały w ogrodzie. Nie był jeszcze tak zarośnięty jak dzisiaj i dużo było w nim zacisznych miejsc, w których mogły sobie spokojnie odpoczywać i wygrzewać na słoneczku.
Misia (nazywana też czasem Michaliną) najczęściej spała zwinięta w kłębek, jakby chroniąc bezbronny brzuszek. Agis, ten pewny miłości i ufny kotek spał często na grzbiecie i przybierał we śnie najróżniejsze pozy: rozkraczał się jak żaba, wyciągał każdą łapkę w innym kierunku, wystawiał język, robił zeza …..   Póz sennych Gisia było wiele i każda warta uwiecznienia na dobrej fotografii.

Misia nadal była ledwo oswojonym kicią. Wskakiwała wprawdzie czasem na kolana, czy też ‘bodła’ łepkiem, ale nie była chętna, gdy się ją samemu chciało złapać. Czasem brałam ją pod paszki i pomagałam jej podskakiwać na stole, podśpiewując: ‘Hop, hop, dyna, dyna, tańczy kicia Michalina’. Akceptowała to bez gryzienia, ale zaraz później zmykała.
Agis nie przytulał się sam, ani nie wskakiwał na kolana. Był już dorosłym kotem i nie potrzebował karesów.

Odrębny problem stanowiło aplikowanie im leków. To była tragedia, po której najczęściej wychodziłam z podrapanymi rękoma do samych łokci. Po pewnym czasie zmądrzałam i zaczęłam przed podaniem leków wkładać zimowe rękawice skórzane. Jedną ręką łapałam kota za kark, a drugą wpychałam pigułę możliwie głęboko do dzioba. Najgorzej było z lekarstwami, które musiałam podawać codziennie. Moje koty nie dawały się podejść w ten sam sposób. Trzeba było zmieniać taktykę. Ale niejednokrotnie było mi przykro – w końcu miałam je u siebie od kociaków, karmiłam, leczyłam, czesałam, dbałam o ich dobrostan…. A one mnie drapały i gryzły przy każdej próbie podania leku.

Misia & Agis






Moje koty były zwierzątkami łownymi. Zwłaszcza Misia, jak to dziewczynka, ale i Agis czasem przynosił jakąś zdobycz.
Pierwszym łupem Agisa był jakiś ptaszek, którego upolował w dzień wolny od pracy i przyszedł mi się pochwalić, gdy jeszcze spałam. Usłyszałam krzyki Ceci z parteru, tupot kocich łapek na schodach i w mojej sypialni coś pofrunęło; to ptaszek wymknął się kotu z pyszczka. Nim na wpół ślepo zdołałam trafić do okna, aby je otworzyć i uratować ptaszynę, kocisko je znów dorwał i wybiegł.
Ceci bardzo się gniewała na Agisa, że taki krwiożerczy i żałowała ptaszka. Mnie też było szkoda małego stworzonka, ale kociczek gdzieś posiał swoją obróżkę z dzwoneczkiem i zabawiał się w wielkiego drapieżnika.
Potem nastała pora myszy.
Kiedyś Agis wskoczył na otwarty lufcik w kuchni i miał w pyszczku małą myszkę. Czym prędzej zamknęłam mu lufcik  przed nosem (miałyśmy jeszcze okna tzw. skrzynkowe – zewnętrzne otwierały się na zewnątrz, a środkowe do wewnątrz) i gdy kota chciał zamiauczeć, żeby go wpuścić, myszka wleciała między okna. Wpuściłyśmy Agisa do środka i zostawiłyśmy okienko zewnętrzne otwarte. Myszka jakoś wylazła.
Jakiś czas później, jesienną porą Misia przyniosła jeszcze żywą myszkę i wypuściła ją w mojej sypialni. Myszka wlazła pod dywan, a oba koty chodziły po nim, udeptując podłoże, żeby zdobycz wypłoszyć. W końcu zainterweniowałam, podniosłam dywan, złapałam myszkę za ogon i wyrzuciłam za okno. Mimo, że padał deszcz, Misia wybiegła na dwór i po jakimś czasie wróciła cała zmoczona, z jakimś malutkim myszonkiem. Już nie żył. Położyła go przed Agisem, który w międzyczasie ułożył się spać w fotelu i popiskiwała, jakby prosząc o pochwałę. Ale Agis, jak to leniwy chłop, spał w najlepsze i nawet nie otworzył oczu, żeby docenić skromny łup Misi. W końcu zjadła tego myszonka, ale widać było, że pół radości jej zabrano.
Czasem znajdowałyśmy w ogrodzie mysie zwłoki bez głów, czasem nawet jakiegoś kreta, a i szczur się znalazł, ale generalnie nasze koty obywały się bez naszych zachwytów dla ich łownych talentów i nie przynosiły swoich łupów do domu, jak to inne koty mają we zwyczaju. Że polowały i były syte, widać było po niewielkim apetycie na domowe jadło.

Jesienią wysterylizowałam Agisa, w nadziei, że nie będzie się szwendał po innych posesjach, gdzie mieszkały kocice i nie będzie dostawał wcirów od innych większych kotów. Bo Agisek był szczupłym kotkiem i ponieważ dostawał czasem w skórę od Misi, obawiałyśmy się, że duży wiejski kot może mu zrobić krzywdę.

Misia & Agia






Nadeszła wiosna i moje kotki zaczęły spędzać więcej czasu na podwórzu. Któregoś dnia sroka chciała porwać naszego Gisia, ale Ceci wyszła na czas z domu i przepłoszyła złodziejkę. A Agis tylko prychał rozzłoszczony.

Wielkanoc tego roku była bardzo ciepła i w drugi dzień świąteczny wybraliśmy się z Tatą i Markizem na spacer w pola. Agis pobiegł za nami jak psiak i cały długi, ok. 5 kilometrowy odcinek biegł na własnych nóżkach. Tylko raz wzięłam go na ręce, gdyż w pobliżu pojawił się jakiś pies. Agis zaczął mi się szarpać w objęciach i rozdarł mi na biuście moją ukochaną sfatygowaną koszulę. Koszulę mam po dzień dzisiejszy…

W naszym obejściu zamieszkała Alissa I – 10-tygodniowy szczeniak prawie-owczarka niemieckiego od Pani Sołtysowej. Nasze kociaki przyjęły ją spokojnie; najwięcej obiekcji miał chyba Cezar, bo coś większego od niego pojawiło się na działce.

Misia była już dorosłą kotką i rozpoczęła ruję. Agis, mój malutki Agis, który dopiero niedawno ząbkował, zaczął jej okazywać względy – mówiąc elegancko, a nieco mniej elegancko  - po prostu na kicię właził. Pędziłam go ile mogłam i w końcu umówiłam się w Lecznicy na sterylizację Misi. Pamiętam, że noc i poranek przed zabiegiem kicia spędziła w mojej łazience przy salonie, żeby nie uciekła do swoich wielbicieli. Siedziała na parapecie i miałkoliła wniebogłosy, a Agisek siedział pod oknem i też miauczał. Zupełnie jak Romeo pod balkonem Julii.
Po zabiegu okazało się, że Misia była już kotna i zostałabym babcią 6-u kociątek.

Agis zagustował we włóczęgach po polach. Kilkakrotnie nie było go do zmroku i wtedy Ceci prosiła Misię: ‘ Misia, idź i znajdź Agisa’. I Misia ruszała w pole i po pewnym czasie na ciemnej drodze pojawiały się cztery światełka, które się zbliżały i rosły i w końcu moje kociaki przechodziły przez bramę. Moja mądra Misia! I jak tu wątpić w inteligencję kotów?

Jeszcze w zimie, kiedy Agis był mały, obiecywaliśmy sobie z Markizem, że wiosną trzeba będzie go nauczyć chodzić po drzewach, żeby nie był bezbronny w spotkaniu z jakimś psem. Wiosną i latem okazało się że kociczek nie potrzebuje naszych wskazówek i znakomicie sobie radzi ze wszelkimi wspinaczkami. Upodobał sobie mój dach z onduliny i zgrabnie się wdrapywał po nim z mojego górnego tarasu aż po sam szczyt. Kładł się na czubku jak sfinks i podziwiał świat z tej wysokości.

Któregoś dnia, przeskakując chyba przez ogrodzenie, rozdarł sobie łapkę na wysokości paluszków. Zabrałam go do Lecznicy, gdzie opatrzono mu ranę i żeby nie zrywał opatrunku, założono mu kołnierz hiszpański. Kota miał siedzieć w domu i się zrastać. Nie wiem, jak to zrobił, ale wylazł, pomimo kołnierza, poprzez kraty w oknie i zniknął. Po powrocie z pracy chodziłam i wołałam Agisa, ale nie reagował. W końcu usłyszałam jakieś gardłowe mrauczenie i zobaczyłam mojego pupila jak przemierza chaszcze ciągnąc za sobą porwany kołnierz, jak jakieś połamane skrzydła. Opatrunek był już zerwany, więc uwolniłam go z kołnierza i dalej zrastał się siłami natury. Jakąś drobną kosteczkę, która mu sterczała, po prostu sobie wyrwał ząbkami. Brr…

Z naszej menażerii zniknął Cezar, który pogoniony przez Alissę na drzewo, zszedł z niego po odejściu małego kudłatego potwora i pomaszerował w pola. Szkoda mi było naszego Czarka. Był najmądrzejszy z naszych wszystkich kotów. Miałam go od kociaka,  spędził ze mną 17 lat i miał już zaćmę. Nie chciałam, by skończył w zębach jakichś zdziczałych polnych psów. Wtedy jednak przebywałam 3 dni w delegacji służbowej, a gdy po powrocie szukałam Cezara, nie mogłam go nigdzie znaleźć.


Misia & Agis






Cezar jakoś zaakceptował nowe koty. Podejrzewam, że dlatego, że był duży i nie mogły mu zrobić krzywdy. Nie było specjalnych czułości ani wylizywania, a przynajmniej nie byłam tego świadkiem. 
Kilka miesięcy później, gdy Czarek ukradł kawałek gotującego się mięsa z garnka stojącego na kuchence gazowej (taki spryciura), Ceci zastała całą trójkę ucztującą w moim południowym pokoju na górze. Potrafił się więc podzielić z młodszymi kociakami swoim  łupem. Nie nauczył ich jednak swoich sztuczek, bo nigdy  żadne z moich młodych kotów nie obrabiało gotujących się garnków.
Kociaki przebywały głównie w domu, bo już chłodno było na świecie. Pamiętam, kiedy spadł pierwszy śnieg i trochę go nawiało na werandę, mały Agisek z ciekawością go obwąchiwał, ale uciekł do domu, bo zmarzły mu delikatne poduszeczki w łapkach.

Jak już pisałam – oba kociaki miały obróżki z dzwoneczkiem na szyi. Obróżka Agisa była za wielka dla takiego małego kotka i chodząc dzwonił jak owieczka na łące. Był też bardzo głośny; gdy schodził po drewnianych schodach, tupał jak dużo cięższe zwierzą, a przecież ważył około kilograma.
Misia, po 2 tygodniach odosobnienia w wersalce, zaczęła wyglądać czasem na schody, gdy siedziałyśmy z Ceci w kuchni. Zjawiała się jednak cichutko jak duszek i przy naszym najmniejszym ruchu umykała do swojej kryjówki.

W tym czasie Ceci się przeprowadziła do naszego domu i koty miały opiekę w ciągu dnia. Agis któregoś dnia omal nie przyprawił jej o zawał serca, bo wdrapał się po stołku na stół kuchenny, a następnie na lodówkę i ułożył się spać w pustym koszyku na owoce. Przez sen zaczął pochrapywać. Gdy Ceci weszła do kuchni i usłyszała ten odgłos, trochę się wystraszyła.
Szukając źródła tego pochrapywania zajrzała nawet do pieczarki. I nic. Dopiero po pewnym czasie, kierując się odgłosem, wypatrzyła śpiącego rudaska.

Markiz przywiózł nam kilka pudeł wiśni i śliwek w czekoladzie, objadałyśmy się więc tymi łakociami, a sreberka zwijałyśmy w kuleczki i rzucałyśmy kociakom do zabawy. Kto nie widział małego rozbawionego kotka, nie wie co to szczera radość. Kopały te kuleczki celniej niż nasza reprezentacja piłki nożnej, wsadzały pod chodniki, żeby potem z mozołem je wyjmować, a gdy któraś kuleczka wpadła przez kratę do piwnicy w przedpokoju, siadały nad kratą i zawodziły wniebogłosy. Szybko więc zjadało się następną czekoladkę, aby kotkom dostarczyć nowej rozrywki.

W trakcie Wigilii cała rodzina mogła podziwiać popisy akrobatyczne Agisa, który spacerował sobie ze schodów na szafę pod schodami. Mały szczuplutki kotek z za długim jeszcze ogonkiem. W tym dniu poprosiłam Markiza, żeby zrobił  mi zdjęcia z Agisem i Misią i wysłałam Pani od Kocurków, żeby widziała, że kotki są ładne i zadbane.

Pod koniec lutego było włamanie do naszego domu przez rozbite drzwi tarasowe. Oglądając szybko spustoszenia przed wykonaniem telefonu na policję, z przerażeniem stwierdziłam, że nie widzę moich kotów. Przestraszyłam się, że może przestraszone przez włamywaczy uciekły na dwór i zaczęłam sprawdzać we wszystkich możliwych dziurach. Wreszcie je znalazłam skulone w wersalce – przytulone do siebie dwie małe maskoteczki.
To był chyba jedyny moment, kiedy tak blisko siebie były, bo generalnie nie lgnęły do siebie, nie szukały swojego ciepła i nie spały przytulone do siebie. Czasem brały się za bary i muszę przyznać, że Agis najczęściej dostawał wciry od większej i dzikszej Misi. Ona była uliczną kotką i potrafiła się bić. A Gisio (jak go często nazywałyśmy) był delikatny jak panienka i często musiałam mu przychodzić w sukurs i przepędzać awanturnicę.