Cezar jakoś zaakceptował
nowe koty. Podejrzewam, że dlatego, że był duży i nie mogły mu zrobić krzywdy.
Nie było specjalnych czułości ani wylizywania, a przynajmniej nie byłam tego
świadkiem.
Kilka miesięcy później,
gdy Czarek ukradł kawałek gotującego się mięsa z garnka stojącego na kuchence
gazowej (taki spryciura), Ceci zastała całą trójkę ucztującą w moim południowym
pokoju na górze. Potrafił się więc podzielić z młodszymi kociakami swoim łupem. Nie nauczył ich jednak swoich
sztuczek, bo nigdy żadne z moich młodych
kotów nie obrabiało gotujących się garnków.
Kociaki przebywały głównie
w domu, bo już chłodno było na świecie. Pamiętam, kiedy spadł pierwszy śnieg i
trochę go nawiało na werandę, mały Agisek z ciekawością go obwąchiwał, ale
uciekł do domu, bo zmarzły mu delikatne poduszeczki w łapkach.
Jak już pisałam – oba
kociaki miały obróżki z dzwoneczkiem na szyi. Obróżka Agisa była za wielka dla
takiego małego kotka i chodząc dzwonił jak owieczka na łące. Był też bardzo
głośny; gdy schodził po drewnianych schodach, tupał jak dużo cięższe zwierzą, a
przecież ważył około kilograma.
Misia, po 2 tygodniach
odosobnienia w wersalce, zaczęła wyglądać czasem na schody, gdy siedziałyśmy z
Ceci w kuchni. Zjawiała się jednak cichutko jak duszek i przy naszym
najmniejszym ruchu umykała do swojej kryjówki.
W tym czasie Ceci się
przeprowadziła do naszego domu i koty miały opiekę w ciągu dnia. Agis któregoś
dnia omal nie przyprawił jej o zawał serca, bo wdrapał się po stołku na stół
kuchenny, a następnie na lodówkę i ułożył się spać w pustym koszyku na owoce.
Przez sen zaczął pochrapywać. Gdy Ceci weszła do kuchni i usłyszała ten odgłos,
trochę się wystraszyła.
Szukając źródła tego
pochrapywania zajrzała nawet do pieczarki. I nic. Dopiero po pewnym czasie,
kierując się odgłosem, wypatrzyła śpiącego rudaska.
Markiz przywiózł nam kilka
pudeł wiśni i śliwek w czekoladzie, objadałyśmy się więc tymi łakociami, a
sreberka zwijałyśmy w kuleczki i rzucałyśmy kociakom do zabawy. Kto nie widział
małego rozbawionego kotka, nie wie co to szczera radość. Kopały te kuleczki
celniej niż nasza reprezentacja piłki nożnej, wsadzały pod chodniki, żeby potem
z mozołem je wyjmować, a gdy któraś kuleczka wpadła przez kratę do piwnicy w
przedpokoju, siadały nad kratą i zawodziły wniebogłosy. Szybko więc zjadało
się następną czekoladkę, aby kotkom dostarczyć nowej rozrywki.
W trakcie Wigilii cała
rodzina mogła podziwiać popisy akrobatyczne Agisa, który spacerował sobie ze
schodów na szafę pod schodami. Mały szczuplutki kotek z za długim jeszcze
ogonkiem. W tym dniu poprosiłam Markiza, żeby zrobił mi zdjęcia z Agisem i Misią i wysłałam Pani
od Kocurków, żeby widziała, że kotki są ładne i zadbane.
Pod koniec lutego było
włamanie do naszego domu przez rozbite drzwi tarasowe. Oglądając szybko spustoszenia
przed wykonaniem telefonu na policję, z przerażeniem stwierdziłam, że nie widzę
moich kotów. Przestraszyłam się, że może przestraszone przez włamywaczy uciekły
na dwór i zaczęłam sprawdzać we wszystkich możliwych dziurach. Wreszcie je
znalazłam skulone w wersalce – przytulone do siebie dwie małe maskoteczki.
To był chyba jedyny
moment, kiedy tak blisko siebie były, bo generalnie nie lgnęły do siebie, nie
szukały swojego ciepła i nie spały przytulone do siebie. Czasem brały się za
bary i muszę przyznać, że Agis najczęściej dostawał wciry od większej i
dzikszej Misi. Ona była uliczną kotką i potrafiła się bić. A Gisio (jak go
często nazywałyśmy) był delikatny jak panienka i często musiałam mu przychodzić
w sukurs i przepędzać awanturnicę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz