czwartek, 19 lutego 2015

Misia & Agis






Cezar jakoś zaakceptował nowe koty. Podejrzewam, że dlatego, że był duży i nie mogły mu zrobić krzywdy. Nie było specjalnych czułości ani wylizywania, a przynajmniej nie byłam tego świadkiem. 
Kilka miesięcy później, gdy Czarek ukradł kawałek gotującego się mięsa z garnka stojącego na kuchence gazowej (taki spryciura), Ceci zastała całą trójkę ucztującą w moim południowym pokoju na górze. Potrafił się więc podzielić z młodszymi kociakami swoim  łupem. Nie nauczył ich jednak swoich sztuczek, bo nigdy  żadne z moich młodych kotów nie obrabiało gotujących się garnków.
Kociaki przebywały głównie w domu, bo już chłodno było na świecie. Pamiętam, kiedy spadł pierwszy śnieg i trochę go nawiało na werandę, mały Agisek z ciekawością go obwąchiwał, ale uciekł do domu, bo zmarzły mu delikatne poduszeczki w łapkach.

Jak już pisałam – oba kociaki miały obróżki z dzwoneczkiem na szyi. Obróżka Agisa była za wielka dla takiego małego kotka i chodząc dzwonił jak owieczka na łące. Był też bardzo głośny; gdy schodził po drewnianych schodach, tupał jak dużo cięższe zwierzą, a przecież ważył około kilograma.
Misia, po 2 tygodniach odosobnienia w wersalce, zaczęła wyglądać czasem na schody, gdy siedziałyśmy z Ceci w kuchni. Zjawiała się jednak cichutko jak duszek i przy naszym najmniejszym ruchu umykała do swojej kryjówki.

W tym czasie Ceci się przeprowadziła do naszego domu i koty miały opiekę w ciągu dnia. Agis któregoś dnia omal nie przyprawił jej o zawał serca, bo wdrapał się po stołku na stół kuchenny, a następnie na lodówkę i ułożył się spać w pustym koszyku na owoce. Przez sen zaczął pochrapywać. Gdy Ceci weszła do kuchni i usłyszała ten odgłos, trochę się wystraszyła.
Szukając źródła tego pochrapywania zajrzała nawet do pieczarki. I nic. Dopiero po pewnym czasie, kierując się odgłosem, wypatrzyła śpiącego rudaska.

Markiz przywiózł nam kilka pudeł wiśni i śliwek w czekoladzie, objadałyśmy się więc tymi łakociami, a sreberka zwijałyśmy w kuleczki i rzucałyśmy kociakom do zabawy. Kto nie widział małego rozbawionego kotka, nie wie co to szczera radość. Kopały te kuleczki celniej niż nasza reprezentacja piłki nożnej, wsadzały pod chodniki, żeby potem z mozołem je wyjmować, a gdy któraś kuleczka wpadła przez kratę do piwnicy w przedpokoju, siadały nad kratą i zawodziły wniebogłosy. Szybko więc zjadało się następną czekoladkę, aby kotkom dostarczyć nowej rozrywki.

W trakcie Wigilii cała rodzina mogła podziwiać popisy akrobatyczne Agisa, który spacerował sobie ze schodów na szafę pod schodami. Mały szczuplutki kotek z za długim jeszcze ogonkiem. W tym dniu poprosiłam Markiza, żeby zrobił  mi zdjęcia z Agisem i Misią i wysłałam Pani od Kocurków, żeby widziała, że kotki są ładne i zadbane.

Pod koniec lutego było włamanie do naszego domu przez rozbite drzwi tarasowe. Oglądając szybko spustoszenia przed wykonaniem telefonu na policję, z przerażeniem stwierdziłam, że nie widzę moich kotów. Przestraszyłam się, że może przestraszone przez włamywaczy uciekły na dwór i zaczęłam sprawdzać we wszystkich możliwych dziurach. Wreszcie je znalazłam skulone w wersalce – przytulone do siebie dwie małe maskoteczki.
To był chyba jedyny moment, kiedy tak blisko siebie były, bo generalnie nie lgnęły do siebie, nie szukały swojego ciepła i nie spały przytulone do siebie. Czasem brały się za bary i muszę przyznać, że Agis najczęściej dostawał wciry od większej i dzikszej Misi. Ona była uliczną kotką i potrafiła się bić. A Gisio (jak go często nazywałyśmy) był delikatny jak panienka i często musiałam mu przychodzić w sukurs i przepędzać awanturnicę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz