Zimową porą Misia
upodobała sobie mój wschodni parapet, pod którym znajdował się grzejnik.
Położyłam jej coś jako legowisko i kici było ciepło i przyjemnie, a poza tym
przed południem w słoneczne dni mogła się wygrzewać w słonecznych promieniach.
Niestety, kwiaty na wschodnim oknie nie wchodziły w grę. Kicia pozadzierała mi
ponadto i poszarpała moją tiulową, haftowaną firankę, najładniejszą z mojej
kolekcji, z której byłam bardzo dumna.
Często Misia wylegiwała
się też na niskiej szafce (nadstawce od mojej szafy ubraniowej), która stała
obok rzeczonego grzejnika, na której wymościłam jej wełnianym włochaczem.
To było jej ulubione
miejsce i nie przypominam sobie, żebym widziała tam kiedykolwiek Agisa.
Gisio lubił fotele lub
moje łóżko. Każdorazowo po zmianie pościeli można było mieć pewność, że pan
kota pierwszy się umości w moim legowisku. Nie lubił jednak dzielić się
posłaniem ze mną. Na 15 lat spędzonych pod moim dachem, nie wiem czy na palcach
2 rąk bym policzyła przypadki, że spaliśmy razem. Mogłam zbliżać się do łóżka
na paluszkach i delikatnie wsuwać pod kołdrę, a Agis i tak wyczuwał ruch i
obrażony odchodził na fotel.
Obydwa koty lubiły też
kanapę w południowym pokoju, zwłaszcza zimą, kiedy słońce ogrzewało to
pomieszczenie. Zawsze leżał na tym meblu jakiś miękki kocyk. Kanapa była jednym
z dwóch miejsc, gdzie moje koty leżały
razem; nie za blisko, ale na jednym legowisku. Drugim meblem była stara
wersalka z mieszkania Taty, która została przywieziona do nas i przestała lato
na dolnym tarasie, nim nadszedł czas jej spalenia. Ta wersalka też odpowiadała
moim kociczkom i często się wylegiwały na niej w słoneczne dni.
Letnie dni Misia i Agis
najczęściej spędzały w ogrodzie. Nie był
jeszcze tak zarośnięty jak dzisiaj i dużo było w nim zacisznych miejsc, w
których mogły sobie spokojnie odpoczywać i wygrzewać na słoneczku.
Misia (nazywana też czasem
Michaliną) najczęściej spała zwinięta w kłębek, jakby chroniąc bezbronny
brzuszek. Agis, ten pewny miłości i ufny kotek spał często na grzbiecie i
przybierał we śnie najróżniejsze pozy: rozkraczał się jak żaba, wyciągał każdą
łapkę w innym kierunku, wystawiał język, robił zeza ….. Póz sennych Gisia było wiele i każda warta
uwiecznienia na dobrej fotografii.
Misia nadal była ledwo
oswojonym kicią. Wskakiwała wprawdzie czasem na kolana, czy też ‘bodła’
łepkiem, ale nie była chętna, gdy się ją samemu chciało złapać. Czasem brałam
ją pod paszki i pomagałam jej podskakiwać na stole, podśpiewując: ‘Hop, hop,
dyna, dyna, tańczy kicia Michalina’. Akceptowała to bez gryzienia, ale zaraz
później zmykała.
Agis nie przytulał się
sam, ani nie wskakiwał na kolana. Był już dorosłym kotem i nie potrzebował karesów.
Odrębny problem stanowiło
aplikowanie im leków. To była tragedia, po której najczęściej wychodziłam z
podrapanymi rękoma do samych łokci. Po pewnym czasie zmądrzałam i zaczęłam
przed podaniem leków wkładać zimowe rękawice skórzane. Jedną ręką łapałam kota za
kark, a drugą wpychałam pigułę możliwie głęboko do dzioba. Najgorzej było z
lekarstwami, które musiałam podawać codziennie. Moje koty nie dawały się
podejść w ten sam sposób. Trzeba było zmieniać taktykę. Ale niejednokrotnie
było mi przykro – w końcu miałam je u siebie od kociaków, karmiłam, leczyłam,
czesałam, dbałam o ich dobrostan…. A one mnie drapały i gryzły przy każdej
próbie podania leku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz