Wiosna 2013 nie mogła się
wykluć. Było zimno i deszczowo i moje zwierzaki ciągle zostawiały mi ślady
mokrych łap na podłodze.
W końcu marca, na tydzień
przed Wielkanocą, Alissa miała pierwszy atak padaczki, która miała ją
prześladować co 3 tygodnie.
Agis zrobił się brudny, bo
zaczął mi podlewać szafkę na przygórku. Paździerz wchłaniał kocie siuśki, więc
nic nie było widać, ale czuć i owszem. Węszyłam jak pies z nosem przy podłodze,
nim odkryłam źródło. Zastawiłam dojście jakąś płytą, żeby tam nie wchodził i
nie niszczył mi mebli, bo paździerz
zaczął się sypać z podlewanej szafki.
W maju zauważyłam za
łopatką Rudaska lekkie wybrzuszenie, jakby duże ziarnko fasoli. Wybraliśmy się do Lecznicy na oględziny.
Kazano obserwować, a jednocześnie Pani Doktor zaleciła Panu Kocie specjalną
karmę dla kotów staruszków. Karma była droga jak diabli, a do tego ta zołza nie
chciała jej za bardzo jeść, bo on zawsze wolał mokre jadło. Ale jakoś zmęczył
jedną paczkę i odstawiał mi cały cyrk z głodzonym kotem, nim dostarczyli
do ‘Andy’ świeżą dostawę. Momentalnie
stracił apetyt….
W czerwcu fasolka za
Agisową łopatką urosła do wielkości spłaszczonej śliwki węgierki i zdecydowaliśmy
się na operację. Od razu pobrano próbki na badania histopatologiczne i po
kilkunastu dniach było wiadomo, że to guz złośliwy.
Pan Kota miał wygolone
futerko na grzbieciku i zajodynowaną lekko skórę, ale jak to rudaski – był bardzo blady i nieładny. Po kilku dniach
futerko zaczęło na szczęście lekko porastać i prezentował się już trochę
lepiej. Nie zaprzestał swoich włóczęg i po dawnemu znikał na całe dnie w
ogrodzie Pana Generała.
Z końcem lipca guz Agisa
odrósł i był wielkości mojej dłoni bez palców. Zdecydowaliśmy się na kolejną
operację. W jej trakcie zadzwoniono do mnie z Lecznicy z informacją, że są już
nacieki na płucach i czy decyduję się na otwarcie klatki piersiowej. Odparłam,
że nie ma sensu kociny męczyć, gdyż ma on już prawie 15 lat (bez 6 tygodni) i
nie wiadomo, czy przeżyje tę operację. Pani Doktor Danuta oczyściła więc, co
mogła z komórek nowotworowych i po kilku godzinach odebrałam moją biedę z
Lecznicy.
Zalecono mi trzymać kota w
cieple, żeby odespał narkozę. Ale Agis, ledwo wypuszczony z kontenerka,
zarzucił swoje dziurawe futro na grzbiet i wyparadował z dumnie zadartą kitą na
dwór. Myślałam, że może ma potrzebę po tylu godzinach. Ale czas mijał, powinnam
mu podać środek przeciwbólowy i kolejny antybiotyk, a kota nie było.
Domyślałam się, że jest w
generalskim ogrodzie i z przerażeniem wyobrażałam sobie, że sparaliżowany bólem,
pewnie nie ma siły wyskoczyć przez ogrodzenie, że będzie tak leżał bezwładny,
bez antybiotyków, że rana zacznie mu
ropieć, wda się zakażenie i biedny Agis odejdzie w straszny sposób z
tego padołu.
Zaczęłam się modlić do Św.
Antoniego i obiecałam mu ładny kwiat do kościoła, jeśli mój pupil znajdzie się
zdrowy i cały.
Noc miałam koszmarną, bo
śnił mi się mój Rudasek, bezsilny, rozgorączkowany, atakowany przez szczury na
tych wyleniałych piernatach z generalskiej werandy. Jeszcze pan Jurek mówił, że
jakiegoś węża widział w okolicy, więc i węże w moim śnie się pojawiły, dławiące
bezsilnego kota …
Obudziłam się jak
przepuszczona przez wyżymaczkę. Ledwo jednak otworzyłam drzwi wejściowe pojawił
się w nich Agis, prawie ze śpiewem na ustach.
Czym prędzej zamknęłam go
w domu, nafaszerowałam wszystkimi lekami i
zostawiłam, żeby spał.
Ze Świętym Antonim
rozliczyłam się w późniejszym okresie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz