czwartek, 19 lutego 2015

Agis





Wiosna 2013 nie mogła się wykluć. Było zimno i deszczowo i moje zwierzaki ciągle zostawiały mi ślady mokrych łap na podłodze.
W końcu marca, na tydzień przed Wielkanocą, Alissa miała pierwszy atak padaczki, która miała ją prześladować co 3 tygodnie.

Agis zrobił się brudny, bo zaczął mi podlewać szafkę na przygórku. Paździerz wchłaniał kocie siuśki, więc nic nie było widać, ale czuć i owszem. Węszyłam jak pies z nosem przy podłodze, nim odkryłam źródło. Zastawiłam dojście jakąś płytą, żeby tam nie wchodził i nie niszczył mi mebli, bo paździerz  zaczął się sypać z podlewanej szafki.

W maju zauważyłam za łopatką Rudaska lekkie wybrzuszenie, jakby duże ziarnko fasoli.  Wybraliśmy się do Lecznicy na oględziny. Kazano obserwować, a jednocześnie Pani Doktor zaleciła Panu Kocie specjalną karmę dla kotów staruszków. Karma była droga jak diabli, a do tego ta zołza nie chciała jej za bardzo jeść, bo on zawsze wolał mokre jadło. Ale jakoś zmęczył jedną paczkę i odstawiał mi cały cyrk z głodzonym kotem, nim dostarczyli do  ‘Andy’ świeżą dostawę. Momentalnie stracił apetyt….

W czerwcu fasolka za Agisową łopatką urosła do wielkości spłaszczonej śliwki węgierki i zdecydowaliśmy się na operację. Od razu pobrano próbki na badania histopatologiczne i po kilkunastu dniach było wiadomo, że to guz złośliwy.  
Pan Kota miał wygolone futerko na grzbieciku i zajodynowaną lekko skórę, ale jak to rudaski –  był bardzo blady i nieładny. Po kilku dniach futerko zaczęło na szczęście lekko porastać i prezentował się już trochę lepiej. Nie zaprzestał swoich włóczęg i po dawnemu znikał na całe dnie w ogrodzie Pana Generała.
Z końcem lipca guz Agisa odrósł i był wielkości mojej dłoni bez palców. Zdecydowaliśmy się na kolejną operację. W jej trakcie zadzwoniono do mnie z Lecznicy z informacją, że są już nacieki na płucach i czy decyduję się na otwarcie klatki piersiowej. Odparłam, że nie ma sensu kociny męczyć, gdyż ma on już prawie 15 lat (bez 6 tygodni) i nie wiadomo, czy przeżyje tę operację. Pani Doktor Danuta oczyściła więc, co mogła z komórek nowotworowych i po kilku godzinach odebrałam moją biedę z Lecznicy.

Zalecono mi trzymać kota w cieple, żeby odespał narkozę. Ale Agis, ledwo wypuszczony z kontenerka, zarzucił swoje dziurawe futro na grzbiet i wyparadował z dumnie zadartą kitą na dwór. Myślałam, że może ma potrzebę po tylu godzinach. Ale czas mijał, powinnam mu podać środek przeciwbólowy i kolejny antybiotyk, a kota nie było.
Domyślałam się, że jest w generalskim ogrodzie i z przerażeniem wyobrażałam sobie, że sparaliżowany bólem, pewnie nie ma siły wyskoczyć przez ogrodzenie, że będzie tak leżał bezwładny, bez antybiotyków, że rana zacznie mu  ropieć, wda się zakażenie i biedny Agis odejdzie w straszny sposób z tego padołu.
Zaczęłam się modlić do Św. Antoniego i obiecałam mu ładny kwiat do kościoła, jeśli mój pupil znajdzie się zdrowy i cały.

Noc miałam koszmarną, bo śnił mi się mój Rudasek, bezsilny, rozgorączkowany, atakowany przez szczury na tych wyleniałych piernatach z generalskiej werandy. Jeszcze pan Jurek mówił, że jakiegoś węża widział w okolicy, więc i węże w moim śnie się pojawiły, dławiące bezsilnego kota …

Obudziłam się jak przepuszczona przez wyżymaczkę. Ledwo jednak otworzyłam drzwi wejściowe pojawił się w nich Agis, prawie ze śpiewem na ustach.
Czym prędzej zamknęłam go w domu, nafaszerowałam wszystkimi lekami i  zostawiłam, żeby spał.
Ze Świętym Antonim rozliczyłam się w późniejszym okresie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz