Nadeszła wiosna i moje
kotki zaczęły spędzać więcej czasu na podwórzu. Któregoś dnia sroka chciała
porwać naszego Gisia, ale Ceci wyszła na czas z domu i przepłoszyła złodziejkę.
A Agis tylko prychał rozzłoszczony.
Wielkanoc tego roku była
bardzo ciepła i w drugi dzień świąteczny wybraliśmy się z Tatą i Markizem na
spacer w pola. Agis pobiegł za nami jak psiak i cały długi, ok. 5 kilometrowy
odcinek biegł na własnych nóżkach. Tylko raz wzięłam go na ręce, gdyż w pobliżu
pojawił się jakiś pies. Agis zaczął mi się szarpać w objęciach i rozdarł mi na
biuście moją ukochaną sfatygowaną koszulę. Koszulę mam po dzień dzisiejszy…
W naszym obejściu
zamieszkała Alissa I – 10-tygodniowy szczeniak prawie-owczarka niemieckiego od
Pani Sołtysowej. Nasze kociaki przyjęły ją spokojnie; najwięcej obiekcji miał
chyba Cezar, bo coś większego od niego pojawiło się na działce.
Misia była już dorosłą
kotką i rozpoczęła ruję. Agis, mój malutki Agis, który dopiero niedawno
ząbkował, zaczął jej okazywać względy – mówiąc elegancko, a nieco mniej
elegancko - po prostu na kicię właził.
Pędziłam go ile mogłam i w końcu umówiłam się w Lecznicy na sterylizację Misi.
Pamiętam, że noc i poranek przed zabiegiem kicia spędziła w mojej łazience przy
salonie, żeby nie uciekła do swoich wielbicieli. Siedziała na parapecie i miałkoliła
wniebogłosy, a Agisek siedział pod oknem i też miauczał. Zupełnie jak Romeo pod
balkonem Julii.
Po zabiegu okazało się, że
Misia była już kotna i zostałabym babcią 6-u kociątek.
Agis zagustował we
włóczęgach po polach. Kilkakrotnie nie było go do zmroku i wtedy Ceci prosiła
Misię: ‘ Misia, idź i znajdź Agisa’. I Misia ruszała w pole i po pewnym czasie
na ciemnej drodze pojawiały się cztery światełka, które się zbliżały i rosły i
w końcu moje kociaki przechodziły przez bramę. Moja mądra Misia! I jak tu
wątpić w inteligencję kotów?
Jeszcze w zimie, kiedy
Agis był mały, obiecywaliśmy sobie z Markizem, że wiosną trzeba będzie go
nauczyć chodzić po drzewach, żeby nie był bezbronny w spotkaniu z jakimś psem.
Wiosną i latem okazało się że kociczek nie potrzebuje naszych wskazówek i
znakomicie sobie radzi ze wszelkimi wspinaczkami. Upodobał sobie mój dach z
onduliny i zgrabnie się wdrapywał po nim z mojego górnego tarasu aż po sam
szczyt. Kładł się na czubku jak sfinks i podziwiał świat z tej wysokości.
Któregoś dnia,
przeskakując chyba przez ogrodzenie, rozdarł sobie łapkę na wysokości
paluszków. Zabrałam go do Lecznicy, gdzie opatrzono mu ranę i żeby nie zrywał
opatrunku, założono mu kołnierz hiszpański. Kota miał siedzieć w domu i się
zrastać. Nie wiem, jak to zrobił, ale wylazł, pomimo kołnierza, poprzez kraty w
oknie i zniknął. Po powrocie z pracy chodziłam i wołałam Agisa, ale nie
reagował. W końcu usłyszałam jakieś gardłowe mrauczenie i zobaczyłam mojego
pupila jak przemierza chaszcze ciągnąc za sobą porwany kołnierz, jak jakieś
połamane skrzydła. Opatrunek był już zerwany, więc uwolniłam go z kołnierza i
dalej zrastał się siłami natury. Jakąś drobną kosteczkę, która mu sterczała, po
prostu sobie wyrwał ząbkami. Brr…
Z naszej menażerii zniknął
Cezar, który pogoniony przez Alissę na drzewo, zszedł z niego po odejściu
małego kudłatego potwora i pomaszerował w pola. Szkoda mi było naszego Czarka. Był
najmądrzejszy z naszych wszystkich kotów. Miałam go od kociaka, spędził ze mną 17 lat i miał już zaćmę. Nie
chciałam, by skończył w zębach jakichś zdziczałych polnych psów. Wtedy jednak
przebywałam 3 dni w delegacji służbowej, a gdy po powrocie szukałam Cezara, nie
mogłam go nigdzie znaleźć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz