Tak mijały miesiące i
lata.
Moje kociczki nie były
chorowite. Przez pierwsze kilka lat z rzadka były przeziębione. Woziłam je do
Lecznicy na okresowe szczepienia i odrobaczałam je sukcesywnie, gdyż Agis miał
tzw. przywrę, jakieś robale jak owsiki, które co pewien czas się uaktywniały.
Gdy widziałam, że z dupki kociej wychodzą
jakieś larwy, trzeba było odrobaczyć całe czworonożne towarzystwo.
W czerwcu 2005 do naszej gromadki dołączył
Piesio – czteromiesięczny kundelek, daleki krewny wspaniałej rasy psów gończych
z Gaskonii – basset bleu de Gascogne.
Dziewczynka. Tak więc Agis był jedynym chłopakiem w naszym babskim
towarzystwie.
Piesio młody i gniewny,
chyba się jakoś naraził moim kotom, bo któregoś pogodnego dnia, gdy okna były
pootwierane, a ja przebywałam na podwórzu, usłyszałam, dochodzące z piętra,
szczenięce szczekanie, które zdało mi się wołaniem o pomoc. Pognałam po
schodach do wieży i zobaczyłam moje małe psiątko wciśnięte w kąt i dwa
drapieżniki zbliżające się do niego z obu stron. Popędziłam moje kociska i
uratowałam Piesia, który od tej pory z dość dużą rezerwą podchodził do kotów.
Nie wiem, co im odbiło; Misia z Alissą prawie się przyjaźniły. No, ale Panna
Psica była wielkim wilczurem, a Piesio tylko czteromiesięcznym małym
szczeniakiem.
Misia jakoś sobie
upodobała mojego brata i ilekroć przyjeżdżał wskakiwała mu na kolana i mruczała
zawzięcie. Dikon głaskał ją, chociaż jest uczulony na kocie futerko i zawsze
potem miał swój atak kataru alergicznego. Użalał się nad moimi kotami, że odkąd
nastały psy, preferuję je od tradycyjnych w naszej rodzinie kotów. Może i
trochę prawdy w tym było. Psy są po prostu mądrzejsze i mówiąc do nich mam
wrażenie, że mnie rozumieją (w każdym razie takie wrażenie sprawiają). Koty są
wielkimi indywidualistami i egoistami.
Jesienią 2006 postanowiłam
Misi oczyścić zęby z kamienia w Lecznicy. Umówiłam się na zabieg i jadąc do
pracy, oddałam kicię w kontenerku Doktorowi Darkowi. Poinformowałam go, że
Michalina jest trochę podziębiona, ale żeby
nie zwracali na to uwagi. I pojechałam swoją drogą.
Po południu, gdy
wychodziłam z pracy, zadzwonił Doktor Darek, żeby zaprosić na rozmowę. Wpadłam
do ‘Andy’, jak miałam w planie i…. Okazało się, że Misi zębów nie oczyszczono,
bo - po dokładnych oględzinach – zrobiono jej badanie na FIV-a (taki koci
odpowiednik HIV-a) i wynik był pozytywny.
Pan Doktor radził, żebym
uśpiła Misię, gdyż choroba jest zaraźliwa w pewnych okolicznościach, a ja mam
inne zwierzęta. Było to jak grom z jasnego nieba. Misia nie była może moim
najukochańszym zwierzęciem, po tych wszystkich latach była nadal częściowo
dzika, ale była moją Kicią Michaliną. Nie dojrzałam do podjęcia decyzji o
eutanazji, jak to się ładnie określa uśpienie czy też zabicie zwierzęcia.
Zaczęłam płakać i prosić o czas, że się zastanowię, że…. Pan Doktor dał kici
zastrzyk stymulujący i wydał mi ją do domu. Był weekend i ja nadal myślałam,
ale coraz mniej. Bo Misi się poprawiło po tym zastrzyku i była taka jak zawsze,
jadła, spała. Nigdy nie była wulkanem
energii, więc i teraz nie szalała.
I tak mijały tygodnie, a Michalina
nadal żyła i ja nie zastanawiałam się już nawet nad możliwością jej uśpienia.
Pilnowałam tylko, żeby się nie poczubili z Agisem, żeby w robocie nie były kły
i pazury.
Co pewien czas, kiedy
widziałam, że jest słabsza, aplikowaliśmy jej w ‘Andzie’ zastrzyk stymulujący i
tak mijały tygodnie i miesiące. W pewnym momencie Misia czuła się tak dobrze,
że Doktor Darek zrobił jej ponowne badanie na obecność FIV-a i wydawało się, że
jej minął. Odetchnęłam z ulgą.
Zima 2008 nie była zbyt
ostra, ale widać było, że Misia słabnie. Z trudnością wskakiwała z ziemi na
parapet okna od kuchni, a ja,
jołopa, nie pomyślałam, żeby jej
przestawić ławkę pod okno, żeby jej było łatwiej. Coraz więcej spała i niewiele
jadła, ale w końcu miała już 10 lat, więc nie należało oczekiwać cudów. Znowu
zaczęliśmy ją wzmacniać zastrzykami.
W kwietniu kicia zapadła
na jakąś infekcję i przechodziła kurację antybiotykową. Cztery antybiotyki aplikowane
jeden po drugim nie odniosły skutku. Misia przestała jeść i tylko leżała bez
ruchu, jakby w letargu.
Tym razem wiedziałam, że
to już koniec i nie ma jej sensu męczyć zastrzykami i medykamentami.
3 maja 2008 zawiozłam ją
do Lecznicy i byłam z nią do końca, gładząc zmatowiałe od choroby czarne
futerko, gdy przekraczała tęczowy most.
Pochowałam ją w ogrodzie
pod jaśminem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz