czwartek, 19 lutego 2015

Misia & Agis





Tak mijały miesiące i lata.
Moje kociczki nie były chorowite. Przez pierwsze kilka lat z rzadka były przeziębione. Woziłam je do Lecznicy na okresowe szczepienia i odrobaczałam je sukcesywnie, gdyż Agis miał tzw. przywrę, jakieś robale jak owsiki, które co pewien czas się uaktywniały. Gdy widziałam, że z dupki kociej  wychodzą jakieś larwy, trzeba było odrobaczyć całe czworonożne towarzystwo.

W  czerwcu 2005 do naszej gromadki dołączył Piesio – czteromiesięczny kundelek, daleki krewny wspaniałej rasy psów gończych z Gaskonii – basset bleu de Gascogne.  Dziewczynka. Tak więc Agis był jedynym chłopakiem w naszym babskim towarzystwie.

Piesio młody i gniewny, chyba się jakoś naraził moim kotom, bo któregoś pogodnego dnia, gdy okna były pootwierane, a ja przebywałam na podwórzu, usłyszałam, dochodzące z piętra, szczenięce szczekanie, które zdało mi się wołaniem o pomoc. Pognałam po schodach do wieży i zobaczyłam moje małe psiątko wciśnięte w kąt i dwa drapieżniki zbliżające się do niego z obu stron. Popędziłam moje kociska i uratowałam Piesia, który od tej pory z dość dużą rezerwą podchodził do kotów. Nie wiem, co im odbiło; Misia z Alissą prawie się przyjaźniły. No, ale Panna Psica była wielkim wilczurem, a Piesio tylko czteromiesięcznym małym szczeniakiem.

Misia jakoś sobie upodobała mojego brata i ilekroć przyjeżdżał wskakiwała mu na kolana i mruczała zawzięcie. Dikon głaskał ją, chociaż jest uczulony na kocie futerko i zawsze potem miał swój atak kataru alergicznego. Użalał się nad moimi kotami, że odkąd nastały psy, preferuję je od tradycyjnych w naszej rodzinie kotów. Może i trochę prawdy w tym było. Psy są po prostu mądrzejsze i mówiąc do nich mam wrażenie, że mnie rozumieją (w każdym razie takie wrażenie sprawiają). Koty są wielkimi indywidualistami i egoistami.

Jesienią 2006 postanowiłam Misi oczyścić zęby z kamienia w Lecznicy. Umówiłam się na zabieg i jadąc do pracy, oddałam kicię w kontenerku Doktorowi Darkowi. Poinformowałam go, że Michalina jest trochę podziębiona, ale  żeby nie zwracali na to uwagi. I pojechałam swoją drogą.
Po południu, gdy wychodziłam z pracy, zadzwonił Doktor Darek, żeby zaprosić na rozmowę. Wpadłam do ‘Andy’, jak miałam w planie i…. Okazało się, że Misi zębów nie oczyszczono, bo - po dokładnych oględzinach – zrobiono jej badanie na FIV-a (taki koci odpowiednik HIV-a) i wynik był pozytywny.
Pan Doktor radził, żebym uśpiła Misię, gdyż choroba jest zaraźliwa w pewnych okolicznościach, a ja mam inne zwierzęta. Było to jak grom z jasnego nieba. Misia nie była może moim najukochańszym zwierzęciem, po tych wszystkich latach była nadal częściowo dzika, ale była moją Kicią Michaliną. Nie dojrzałam do podjęcia decyzji o eutanazji, jak to się ładnie określa uśpienie czy też zabicie zwierzęcia. Zaczęłam płakać i prosić o czas, że się zastanowię, że…. Pan Doktor dał kici zastrzyk stymulujący i wydał mi ją do domu. Był weekend i ja nadal myślałam, ale coraz mniej. Bo Misi się poprawiło po tym zastrzyku i była taka jak zawsze, jadła,  spała. Nigdy nie była wulkanem energii, więc i teraz nie szalała.

I tak mijały tygodnie, a Michalina nadal żyła i ja nie zastanawiałam się już nawet nad możliwością jej uśpienia. Pilnowałam tylko, żeby się nie poczubili z Agisem, żeby w robocie nie były kły i pazury.
Co pewien czas, kiedy widziałam, że jest słabsza, aplikowaliśmy jej w ‘Andzie’ zastrzyk stymulujący i tak mijały tygodnie i miesiące. W pewnym momencie Misia czuła się tak dobrze, że Doktor Darek zrobił jej ponowne badanie na obecność FIV-a i wydawało się, że jej minął. Odetchnęłam z ulgą.

Zima 2008 nie była zbyt ostra, ale widać było, że Misia słabnie. Z trudnością wskakiwała z ziemi na parapet okna od kuchni, a ja,  jołopa,  nie pomyślałam, żeby jej przestawić ławkę pod okno, żeby jej było łatwiej. Coraz więcej spała i niewiele jadła, ale w końcu miała już 10 lat, więc nie należało oczekiwać cudów. Znowu zaczęliśmy ją wzmacniać zastrzykami. 


W kwietniu kicia zapadła na jakąś infekcję i przechodziła kurację antybiotykową. Cztery antybiotyki aplikowane jeden po drugim nie odniosły skutku. Misia przestała jeść i tylko leżała bez ruchu, jakby w letargu.  
Tym razem wiedziałam, że to już koniec i nie ma jej sensu męczyć zastrzykami i medykamentami.
3 maja 2008 zawiozłam ją do Lecznicy i byłam z nią do końca, gładząc zmatowiałe od choroby czarne futerko, gdy przekraczała tęczowy most.
Pochowałam ją w ogrodzie pod jaśminem.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz